Gustave Thibon to jeden z moich ulubionych filozofów katolickich, a zarazem tradycjonalistycznych i w pewnym stopniu otwartych. Jest to postać, która zdecydowanie może inspirować. Urodzony w 1903 roku w rodzinie chłopskiej, musiał zakończyć formalną edukację na etapie szkoły podstawowej, by podczas I wojny światowej pomagać dziadkowi w gospodarstwie. Jednak ok. 23 roku życia odziedziczenie bogatego księgozbioru obudziło w nim pragnienie nauki. Samodzielnie opanował matematykę oraz kilka języków, w tym starożytną grekę i łacinę, i zabrał się za studiowanie klasyki literatury, filozofii i dzieł świętych. Wrócił do utraconej w wieku młodzieńczym wiary po lekturze dzieł św. Tomasza z Akwinu, a na uniwersytetach pojawił się już jako wykładowca, nie mając dyplomu ukończenia gimnazjum.
Książka stanowi zbiór esejów autora pisanych w latach 70. XX wieku. Większość z nich zaczyna od pewnej anegdoty bądź refleksji nad współczesnym mu wydarzeniem, np. lądowaniem na Księżycu, a następnie zastanawia się, jaki stan ducha ono obrazuje. Potem z reguły przychodzi kolej na polemikę z tym poglądem i konkluzję, można powiedzieć - diagnozę i lekarstwo. Wiele z jego myśli jest bardzo cennych. Kilkukrotnie pojawia się refleksja o niejednoznacznej naturze postępu, między innymi na przykładzie podróży samochodem w korkach, zajmującej nieraz więcej czasu, niż dojście piechotą. Szczególnie cennym stwierdzeniem jest to, że współczesny świat przybliża nas do obcych i oddala od swoich (rodziny oraz osób w najbliższym otoczeniu) - późniejszy rozwój Internetu tylko spotęgował to zjawisko. Co więcej, także agresja i nieufność, dawniej żywione przeciw cudzoziemcom, teraz kierowane są do wewnątrz własnej wspólnoty; "wojna zamienia się w rewolucję". W podobnym duchu, turystyka zagraniczna odwraca naszą uwagę od piękna własnego kraju i regionu. Jako remedium autor podkreśla, jak ważne jest dbanie o osobiste i lokalne więzi.
Warto też wsłuchać się w jego głos na temat tego, skąd bierze się nuda we współczesnym świecie, gdy tak wiele w nim rozrywek i możliwości rozwoju. Otóż nie z braku, ale z przesytu. Być może czasem naszej aktywności jest za dużo, jest zbyt gorączkowa - może toniemy w hałasie, a tymczasem relacje i wolność karmią się milczeniem. Dlaczego? Tu autor stwierdza, że hałas to nie tylko przeciwieństwo ciszy, ale również muzyki - to coś, co słyszymy, ale nie słuchamy, nasiąkając tym, co jest lub potem będzie podświadome. A przecież prawdziwa wolność jest wtedy, gdy wybieramy świadomie - choć z drugiej strony, potrzeba do niej również dyscypliny.
To tylko niektóre z przebogatej skarbnicy myśli Gustave'a Thibona, napisanej w dodatku bardzo przystępnie. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz